☽ Zadumam ☾

sobota, 7 listopada 2015

5 fajności + mini haul

Cześć! Pierwsza część tytułu postu raczej wiele nie wyjaśnia, dlatego już tłumaczę; chciałabym się z Wami podzielić kilkoma poradami, trikami, czy jakby to inaczej nazwać, dotyczącymi... wszystkiego, raczej nie ma bliżej określonego tematu, chociaż te fajności są w dużej mierze związane z wyglądem, ale jak najbardziej nie tylko dla dziewczyn. :) 
Zacznę od rzeczy, która jednak nie jest zbyt przeznaczona dla facetów, a "odkryłam" ją dziś rano. Chodzi mi mianowicie o bardzo łatwą fryzurkę, która jest trochę w stylu samurajskiego koka, lecz zrobiłam ją bardziej po swojemu, czy może raczej niechlujnie, bo zamiast koka przypomina coś, co robi się małym 5-letnim dziewczynkom na głowie. 


 Ładne kartofle :v Miotła ocenzurowana, aby nie było widać za dużo dobrego.

Wiem, że pewnie dla wielu wygląda to infantylnie, jak fryzurka dla małego dziecka, ale mi się podoba. Na pewno jest to dla mnie lepsze niż prawdziwy, samurajski kok. Zawsze dziwię się wręcz dziewczynom, że robią sobie go na włosach. Oczywiście nikogo nie obrażam, tylko takie moje zdanie. Oryginał wygląda często zbyt ulizanie, i jeszcze ten sterczący radarek na czubku głowy, to nie dla mnie. Jedyne co to będę się starać, aby kolejnym razem było mniej widać gumkę. Myślę, ze taka fryzurka jest dobra dla dziewczyn, które jak ja mają bardzo gęste i nieokiełznane włosy, bo można chociaż ich kawałek jakoś sobie związać.
Jeśli już jesteśmy przy włosach, to kolejną fajnością, o której pewnie niektórzy z Was wiedzą, jest płukanie włosów w jak najzimniejszej wodzie. Morsem nie jestem, więc sama zawsze po umyciu włosów szamponem i odżywką, wychodzę spod gorącego prysznica, i to ostatnie przepłukanie robię pod kranem, bo wtedy mogę nastawić nawet bardzo zimną wodę. Chyba można się domyślać czemu jest to dobre, po prostu łuski włosów domykają się, a na drugi dzień są one bardziej gładkie i lśniące. Podobnie ma się sprawa z płukaniem twarzy i całego ciała w chłodnej wodzie (ale już nie koniecznie tak chłodnej jak przy włosach).
Ostatnią fajnością stricte pielęgnacyjną jest super łatwy, domowy peeling. Należy do szklanki nasypać sobie określoną ilość cukru, w moim przypadku są to 2 łyżeczki. Tak na prawdę to wystarczyłoby jeszcze namoczyć sobie twarz, aby trochę zmiękczyć skórę i do roboty, ale osobiście, aby ten peeling nie był aż tak mocny, dodaję do cukru trochę toniku kosmetycznego. 




Przyznam, że od dłuższego czasu, cukier biały jest mi potrzebny prawie jedynie do peelingu. Czyli schodzą mi 2 łyżeczki na tydzień, bo właśnie ten zabieg robię sobie w każdą sobotę. 
Przedostatnią fajnością jest pewien trick, który podpatrzyłam od koleżanki z gimnazjum, kilka dobrych lat temu. Należę do grupy dziewczyn, które mają spory tyłek i uda, za to są dość niskie, przez co też ich nogi są stosunkowo krótkie. Dlatego niekiedy trudno dobrać mi spodnie, bo prawie zawsze mam za długie nogawki. Rozwiązania są dwa, można je skrócić lub po prostu podwinąć. Jednak kolejny problem dochodzi, gdy zaczynamy nosić botki i tego typu buty, w które wkładamy część nogawki. Niestety często przy chodzeniu, jeśli nasze spodnie nie mają obcisłych nogawek lub tak jak w moim przypadku, są niedopasowane w niektórych miejscach, materiał spodni lubi nam wychodzić z butów i brzydko się marszczy. Jest na to bardzo dobry sposób, otóż moja koleżanka nosiła glany i zawsze było widać po wf-ie, przy ubieraniu się, jak naciąga na swoje nogawki... gumki recepturki. A wtedy już normalnie zakładała buty. Sama to wypróbowałam i potwierdzam, że sposób spisuję się na prawdę super.



Wygląda dość śmiesznie, ale jeżeli macie podobny problem, to polecam spróbować. Oczywiście musimy wybrać odpowiednią gumkę, nie za ciasną, aby krew nam nie przestała dopływać. :P
To była czwarta fajność, na tym mogłabym skończyć, jednak w związku z dzisiejszym mini haulem przyszła mi do głowy jeszcze jedna porada, dotycząca picia czerwonej herbaty. Dziś po kilku tygodniach znów ją kupiłam, bo wpływa zbawiennie na metabolizm, który u mnie jest trochę lichy. W skrócie; dobrze pić ją po każdym posiłku, ale lepiej nie robić tego na pusty żołądek, ponieważ wypłukuje wtedy z naszego organizmu magnez i inne minerały.
Cóż, taka krótka fajność, ponieważ na temat zdrowia i tego co ja robię, aby poprawić swój tryb życia, w tym odżywanie, mam zamiar w przyszłości napisać osobny post, ale najpierw muszę trochę się ogarnąć, ponieważ chodzenie do szkoły zachwiało mi to wszystko. 
Na dole pokazuje Wam swój banalny, mini haul, który składa się z dwóch herbat - zielonej i czerwonej, musli oraz gumek, do których zakupu skłoniła mnie dzisiaj wynaleziona fryzurka. Fascynujące. 


sobota, 3 października 2015

Haul chińczykowo - lumpeksowo - kulkomatowy

Nigdy na moim blogu nie pojawiły się posty, stricte typu haul, ale że sama lubię takie oglądać, to czemu by nie spróbować, szczególnie, że dziś jest ku temu okazja. Byłam w kilku ulubionych sklepach z koleżanką, czyli w naszym najlepszym lumpeksie, chińczyku, indyjskim (Lokaah) oraz w drogerii Natura. Na wszystkie rzeczy wydałam coś koło 60zł, więc myślę, że nieźle mi poszło. Dawno nie byłam na takich zakupach, pewnie nie jeden powie, że to nic specjalnego, że mało tego, ale mi osobiście rzadko zdarza się kupować hurtowo więcej rzeczy.
No więc lump dziś był na prawdę pełen ludzi (co się dziwić, świeża dostawa) i tak samo pełen fajnych ubrań. Nie wiem co Wy o tym sądzicie, ale mnie w ogóle nie odstrasza kupowanie używanych ciuchów. Wręcz przeciwnie, to nawet ciekawe kto je nosił itd. Poza tym jestem całkowicie przyzwyczajona, bo już od jakiegoś roku 70-80% ubrań, które kupuję są właśnie z lumpeksów. Nie widzę sensu przepłacania za ubrania, skoro są miejsca w których można znaleźć prawdziwe skarby za grosze. Ale do rzeczy. Kupiłam sobie dwa ciuchy, z których niesamowicie się cieszę. Pierwszy to bluzka z bardzo uroczymi ptaszkami (7 zł), a drugi - długa, czarna narzutka (13 zł). Na początku nie wiedziałam czy jestem do niej w pełni przekonana, dodatkowo 13 zł jak na lumpa, to nawet spora cena, jednak co się dziwić skoro ta narzutka jest w idealnym stanie. Myślę, że będzie mi pasować do wielu ubrań, jest uniwersalna.


 guwniana jakość drugiego zdjęcia przez guwniane światło 

 Na nasze szczęście lumpeks i chińczyk znajdują się w tym samym budynku, dlatego w drugim sklepie byłyśmy po sekundzie. Akurat zakupy w nim miałam już zaplanowane - chciałam dorwać spódniczkę, którą już kiedyś w nim widziałam oraz przy okazji znaleźć dla siebie jakieś eem, tegginsy? Tak to się nazywa? No takie legginsy, które wyglądają jak jeansy, wiadomo o co chodzi. Niestety nie znalazłam odpowiednich, będę musiała szukać dalej, ale spódniczka była i jestem z niej bardzo zadowolona. Nie jest z byle jakiego materiału, bo nie prześwituje, jest elastyczna i bardzo wygodna, zawsze chciałam taką mieć. Kosztowała jedynie 18 zł. :3

znowu guwniane światło

Po chińczyku nadszedł czas na... kulkomat. Nie mam 6 lat, to był pomysł mojej koleżanki, która zobaczyła go jako pierwsza, bo był z biżuterią (jasne, jasne, dobre wymówki). Złożyłyśmy się po złotówce i wylosowałyśmy kolczyki. Oczywiście powędrowały do mnie, ponieważ moja koleżanka może nosić jedynie dobrej jakości biżuterię, sztuczne od razu ją uczulają. Uf, ja to mam jednak szczęście, bo moje uszy są bardzo odporne, mogłabym chyba nosić nawet zardzewiałe i wszystko byłoby cacy.☺


I kto by się skapnął, że z kulkomatu? Ja tam je będę chętnie zakładała. Toż to niezwykle oryginalne.  Na zdjęciu tego nie widać, ale są maleńkie, a takich właśnie szukałam (mam dwie paru dziurek, więc fajnie będą wyglądać w jednej z nich).
Idąc do naszego ostatniego, zaplanowanego punktu zakupów, wpadłyśmy po drodze do Natury, aby popatrzeć na kosmetyki z przeceny (bo jakby inaczej?). Wiadomo, wszystko znowu mocno korciło, ale ostatecznie odeszłam od półki ze zniżkami i kupiłam, i tak już wcześniej zaplanowany, korektor z Catrice. Pewnie większość go zna, bo jest mocno rozsławiany chociażby na YouTube, jako najbardziej kryjący korektor z niższej półki cenowej. U mnie kosztuje jakieś 15 zł. Już od kilku miesięcy go używam, ale do tej pory miałam go w kolorze 2 (020), który jednak jest dla mnie chyba minimalnie za ciemny. Teraz kupiłam 1 (010), myślę, że będzie super. Niektórzy mówią, że ten korektor jest za ciężki do nakładania pod oczy, jednak ja wyłącznie po to go kupuję. Niestety, ale od zawsze mam duży problem z fioletowymi krążkami. Nawet on nie radzi sobie z nimi idealnie, ale na pewno zadowalająco, bo nie wyobrażam sobie wyjścia bez niego (no chyba, że do sklepu po chleb i mleko).


Przyszła pora na ostatnią turę zakupów, czyli tych z indyjskiego. Jeśli chodzi o biżuterię, to po prostu mój najulubieńszy sklep. I ogółem jest świetny, można w nim dostać ubrania, dodatki, kadzidła, świeczki, ozdoby do domu, w tym półszlachetne kamienie, i wiele innych. Ja tym razem obkupiłam się w biżuterię. Na wisiorek w kształcie konika morskiego w dużej mierze namówiła mnie koleżanka. Były inne wzory, ale on podobał mi się najbardziej, za to ona wzięła dla siebie taki w kształcie sowy. Był przeceniony z 5 na 1,90 zł. Dalej kupiłam śliczne kolczyki w kształcie kokardek (3 zł), które znalazłam w jednym z koszów z kolczykami (jest kilka specjalnych pudełek, w których trzeba grzebać, aby coś znaleźć, ale ja to lubię). Ostatnią rzecz wyhaczyłam już całkiem przy kasie, czyli kolejny naszyjnik, tym razem z maleńkim imbryczkiem, sami możecie zobaczyć na jednym z poniższych zdjęć jak bardzo jest mały. Jakoś tak skojarzył mi się z Alicją w Krainie Czarów, dlatego nie mogłam się oprzeć.☺ Zapłaciłam za niego jedyne 2,90 zł, ponieważ była bardzo duża przecena, jeśli dobrze pamiętam to z 20 zł, więc łał.





niedziela, 27 września 2015

Jest coś nie tak

Cześć! Ale się stęskniłam za pisaniem postów. Wiem, znów długo mnie nie było, uprzedzałam, że przerwy będą góra tygodniowe, a tu ponad dwa znów wypadły. Jednak teraz mam całkowicie proste i jasne wyjaśnienie; byłam przeziębiona. Pewnie gdyby był to tylko jakiś mały katarek i lekkie bóle głowy, to z łatwością zrobiłabym szybciej nowy wpis, wizja siedzenia pod ciepłą kołderką i wylewania swoich głupich myśli na bloga jest całkiem przyjemna, ale niestety ja tym razem byłam mocno załatwiona i nie miałam na nic innego ochoty, jak tylko na spanie i czekanie na kolejne dawki leków. No dobra, koniec wstępu, przechodzimy do tematu!
A więc... jest coś nie tak (ha, udało mi się zgrabnie wpleść tytuł). Jeszcze przy chyba ostatnim poście pisałam, że czuję się naprawdę dobrze, że jest fajnie w szkole itd., mam energię, jednak po pewnym czasie poczułam, że zaczynam się wypalać. Nie chodzi o naukę, mówię tu o mnie samej. O tym, że przez samą siebie, przez to co ze sobą robię, czuję się coraz gorzej. A co robię? No właśnie NIC. Jeśli mam, kolokwialnie, walić prosto z mostu, to chodzi o to, że przestałam ćwiczyć. Mówię tu o aktywności fizycznej. Chyba nigdy nie pisałam o tym, przynajmniej na tym blogu, że już od prawie roku staram się ćwiczyć, doszło też zdrowsze i bardziej regularne odżywianie. Oczywiście wszystko to wprowadzałam stopniowo. Teraz jestem już na etapie, gdy całkiem przyzwyczaiłam się do jedzenia 3-4 razy dziennie, co 3-4 godziny, nie jest to idealne, ale na pewno lepsze niż obżeranie się dwa razy w dzień. Więc, to pozostało, ale tak jak napisałam, gorzej ze sportem. Może po kolei...


Całkiem na początku tego mojego odchudzania, walki o to by czuć się lepiej, robiłam praktycznie same nożyce oraz brzuszki. Po jakimś czasie potrafiłam nawet godzinę tak ćwiczyć. Wiem, że nie są to ćwiczenia dobre na spalanie tłuszczu i nie jedna osoba powiedziałaby, że to było jedynie marnowanie czasu, ale jednak mi się udało i schudłam na tym. Zajęło to pewnie więcej czasu i wysiłku, niż jakbym miała zamiast tego np. biegać, no ale efekty najważniejsze. No i czułam się świetnie. Po kilku miesiącach zaczęłam więcej czytać o zdrowym trybie życia, przez to też rozpoczęłam robienie przysiadów, ćwiczenia na biceps (zawsze miałam kłopot z dużymi ramionami, teraz jest już nawet ok), rozpoczęłam także picie zdrowych herbat, tj. zielonej i czerwonej, wpływają one m.in. dobrze na metabolizm. Pierwszego miesiąca lata trochę nie wykorzystałam co do ćwiczeń, jednak już od początku sierpnia biegałam oraz chodziłam na basen. No i nadal czułam się wspaniale, coś ze sobą robiłam. To wiadome, że ćwiczenia fizyczne nie tylko poprawiają wygląd ciała, ale i stan psychiczny, moja pewność siebie była na naprawdę wysokim poziomie. A teraz... 
Mam huśtawki nastroju, nie czuję się ze sobą tak dobrze jak przedtem. Teraz jest tak zwyczajnie, tak bezsensu, bez celu. Nie powiem, że jestem jakoś szczególnie pulchną osobą, ale mam za dużo tego i tamtego, sporo brakuje mi do sylwetki z której byłabym w pełni zadowolona, jednak nie chodzi tylko o to. O wszystko. Tak do rzeczy, to pewnie zapytacie; to czemu nie ćwiczysz??? Odpowiem w ten sposób; robię przysiady, ćwiczę ramiona, od czasu do czasu porobię brzuszki, ale to nie to samo, co wakacyjne ćwiczenia. Teraz jedynymi efektami jest trochę lepsza pupa i szczuplejsze ramiona, ale to nadal mnie nie zadowala w pełni. Potrzebuję pocenia się, palenia tłuszczu, produkcji endorfin, super wysiłku, mocnego cardio itd. itp. A niestety i basen i biegi odpadają. To pierwsze dlatego, że jedynie podczas okresu wakacji bilety na pływalnie są w przystępnych cenach, a poza nim to straszna drożyzna. Biegi nie, ponieważ ja po prostu nie potrafię ich uprawiać, gdy jest zimno. Może ktoś powie, że to głupie, ale znając mnie i moją odporność na chłód, po kilku dniach znów byłabym przygwożdżona do łóżka, z zapchanym nosem. Nie czułabym się też komfortowo podczas samego biegu, będąc zakrytą od stóp do głów. Wiem, pewnie to wymówka, ale nie chcę by coś co ma mi dawać satysfakcję i radość, stało się czymś całkiem odwrotnym. Jeśli mam być szczera, to marzy mi się chodzenie na siłownie albo jakieś zajęcia fitness, lub coś podobnego, ale w tym przypadku znów odzywają się moje ograniczenia pieniężne. No i jestem w kropce. Myślałam nad wykonywaniem specjalnych treningów, które można za darmo wyszukać nawet na YT, typu Chodakowska albo Mel B. Niby pomysł fajny, chociaż nie mam dobrych warunków na coś takiego w pokoju. Jest on bardzo ciasny i ledwo można swobodnie się po nim poruszać, tak jak po całej reszcie domu. 
Mam nadzieję, że nie uważacie moich słów za głupie wymówki. Chciałam tylko pokazać, że mam sporo chęci i pomysłów, ale marne warunki na ich spełnianie. Może Wy mi coś doradzicie? Jestem bardzo otwarta i z radością przyjmę każdą poradę, czy pomoc. 
Trzymajcie się i do kolejnego posta.♥

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

TOP 5 bajek dzieciństwa

Na wstępie chciałabym tylko napisać, że bardzo dziękuję Wam za miłe przyjęcie nowego bloga ze zdjęciami! Bardzo dziękuję też za wszystkie miłe komentarze, które tam umieszczacie.♥ 

A teraz przejdźmy do rzeczy. Chciałabym dzisiaj zrobić post na temat, który już wcześniej chodził mi po głowie, ale ostatecznie zachęcił mnie do jego napisania post z bloga Ci-NNamon-Girl.☺Otóż chodzi o wypisanie swoich ulubionych bajek z dzieciństwa. Nie zastanawiałam się nad tym szczególnie długo, bo raczej wiem, do których kreskówek czuję największy sentyment. Chociaż z drugiej strony nie jest to do końca jednoznaczny wybór, ponieważ w dzieciństwie oglądałam masę bajek, które uwielbiałam, jednak postarałam się zwęzić to tylko do pięciu naj naj.

 5 miejsce - Wojownicze Żółwie Ninja (2003)

Chyba trochę ostro zaczęłam. Osoby, które także to oglądały, wiedzą raczej czemu tak piszę. W tej kreskówce jest dość sporo walki, bardzo okrutne postacie, czasem trochę mroczny nastrój, ale myślę, że teraz powstają o wiele bardziej ogłupiające twory, niż te niewinne żółwiki. Oglądałam to jako małe dziecko, zaraz koło Spidermana, X-menów, Hulka itp., i jakoś nie uważam, abym wyrosła na psychopatkę. Dodatkowo po kilku dobrych latach znów wróciłam do tej kreskówki, czyli chyba jakoś w VI klasie podstawowej. Nawet trochę trudno mi powiedzieć czemu czuję do tej bajki aż taki sentyment, czy przez gadające, zmutowane zwierzęta, czy przez chwytliwą muzyczkę w intro, a może przez mojego ulubieńca Shreddera (czarny charakter, chyba jednak byłam trochę psychopatką☺). No nie wiem, ale te oraz inne niewymienione elementy składają się w całość, dla której Żółwie Ninja zajmują na mojej liście 5-te miejsce.


♪♫♪♫♪♫ Zawsze lubiłam tą muzyczkę z intro. ♪♫♪♫♪♫

4 miesjce - Tabaluga

A tu już coś dużo bardziej niewinnego. Zielony smoczek, który broni słodkich zwierzątek, przed złym bałwanem (lub w II serii również przed duchem pustynnym). Oh tak, kiedyś to umieli robić bajki dla dzieci, z fabułą, barwnymi postaciami. Nie chcę nikogo urazić, ale jak teraz czasem zdarzyło mi się spojrzeć, co to puszczają na MiniMini, to aż głowa puchła. Chyba twórcy tych dzisiejszych kreskówek traktują dzieci jak ostatnie ułomki, jednak to tylko moje zdanie. Niby chcą wszędzie wpleść trochę edukacji, ale nie bardzo im to wychodzi. Bajki typu Tabaluga przynajmniej rozwijały wyobraźnie, uczyły, że należy być dobrym, szlachetnym i takie tam pierdu pierdu. Tak, one były pożyteczne.
PS. oczywiście moją ulubioną postacią był zły Arktos, bo jakby inaczej.

Łał, to teraz podium!

3 miejsce - Ulica Sezamkowa

Dokładniej mówiąc, chodzi mi o Świat Elmo i Bawmy się, Sezamku. To musiało pojawić się u mnie na podium. Będąc małym dzieckiem mogłam obejrzeć jeden odcinek nawet sto razy, a i tak mi się nie nudziło. Dodatkowo nie kończyło się tylko na bajkach, ale także uwielbiałam, gdy rodzice wypożyczali mi książki z biblioteki, które były o postaciach z Ulicy Sezamkowej. Nie pamiętam jakie nosiły tytuły, ale znajdowało się w nich najczęściej sporo różnych, krótkich opowiadań. Zawsze torturowałam swojego nieszczęsnego tatę, aby czytał mi te głupoty (a tak samo jak z serialem, na jednym przeczytaniu się nie kończyło). 
Tak bardzo polubiłam te śmieszne stworki, że nawet z dumą noszę koszulkę z kilkoma Muppetami. Kupiłam ją niedawno za 1 zł w lumpeksie haha. Mam nadzieję, że świetnie posłuży mi na wf-ie. Od razu będzie milej się przebierać.☺



2 miejsce - Chojrak - Tchórzliwy Pies ♥

Nie mogłam się doczekać, aż dojdę do tego momentu. Po prostu na temat Chojraczana mogłabym stworzyć całkowicie osobny post, tak go kocham. Tak, zgadzam się, ta bajka może psuć banię haha. Nawet nie wiecie jak bardzo, każdego wieczora nie mogłam się doczekać kolejnego odcinka "Głupiego Psa", jak go to zawsze niechlubnie nazywał Eustachy. Jak widać już w dzieciństwie uwielbiałam horrory, bo jednak dla małego dziecka coś takiego jest jak najprawdziwszy horror, szczególnie co poniektóre odcinki. I te niektóre potwory, fuuuu, były rewelacyjne! Chyba najbardziej bałam się takiej "dziewczynki", która na chwilę pojawiła się w odcinku Chojrak w wielkim, cuchnącym mieście, ci z Was, którzy oglądali Chojraka, powinni wiedzieć o czym mówię, bo... to na prawdę było straszne. 


Nawet ten urywek jest na YT, w wersji angielskiej.
Koszmar dzieciństwa, serio, nadal mnie to przeraża haha.

No i ogółem Chojrak jest zajebisty, wiem, powinnam to inaczej skwitować, ale te kilka słów w pełni odzwierciedlają jak bardzo lubię tę baję.

A teraz miejsce pierwsze!
Tum turum tuuuum...

1 miejsce - Ed, Edd i Eddy ♡ ♡ ♡

Chyba nie mogłabym wybrać inaczej. Trochę zastanawiałam się, czy by jednak nie wygrał Chojrak, ale nie, z Edkami wiążę za wiele wspomnień w moim dzieciństwie. Muszę przyznać, że ta kreskówka dość mocno wpływała na moje życie, gdy byłam mała. Zawsze marzyłam o tym, aby mieć takich fajnych, zwariowanych trzech kolegów, którzy z niczego umieli zrobić coś. Ogółem każda postać w tej bajce była barwna, niepowtarzalna. Nie lubiłam tylko Ohydek, ale ich chyba nikt nie lubił. 
Poza tym miałam zawsze kupę śmiechu z każdego odcinka, nie ważne ile razy miałabym go oglądać, zawsze musiał powodować u mnie bóle brzucha przez nadmierne chichranie się. I może mam głupie poczucie humoru, ale nadal mnie to rozbawia. Szczególnie ubóstwiam teksty dużego Eda, ale kto go nie lubił? Te jego bezsensowne reakcje, które w ogóle nie trzymały się z zaistniałymi wydarzeniami. Dla mnie - majstersztyk, i nie interesuje mnie, że niektórzy uważają tą kreskówkę za skończony odmóżdżacz... ona taka ma być, i tyle.
I znów nie umiem znaleźć odpowiednich słów, na godne podsumowanie swojej ulubionej kreskówki, dlatego napiszę - Edki są zajebiste.


Może coś ze mną nie tak, ale płaczę ze śmiechu przez ten urywek. XD

niedziela, 9 sierpnia 2015

Post z dupy #1 podróż, powrót do monotonii, kotki i zdjęcia

Na ogół staram się pisać na określony temat. Może nie piszę o niczym ambitnym, ale raczej trzymam się w jednym poście jednego wątku. Jednak czasem mam ochotę powiedzieć Wam o byle czym, o różnych pierdołowatych sprawach, które w żaden sposób się ze sobą nie łączą. Więc pomyślałam, czemu nie? Jak widzicie nazwa wpisu jest bardzo adekwatna do jego sensu.
No to zaczynamy.

Przez cały dobiegający końca tydzień, żyłam jedynie myślą o bardzo ważnym dla mnie spotkaniu, z jeszcze ważniejszą osóbką. Wiązała się z nim długa podróż, która w jedną stronę trwała praktycznie pół doby. Musiałam jechać sama pociągiem, brrr, serio, dla kogoś, kto nigdy sam nigdzie nie podróżował, coś takiego jest naprawdę ogromnym wyczynem. Bałam się wszystkiego; tego z kim będę siedzieć w jednym przedziale, czy ktoś mi czegoś nie zwinie, czy nie będzie mi niedobrze (choroba lokomocyjna, ble), i co najważniejsze, czy wysiądę tam gdzie mam wysiąść. Na szczęście prócz małego incydentu, związanego z usterką pociągu, wszystko dobrze się skończyło. Szkoda tylko, że po kilku godzinach, znów musiałam wsiadać do pociągu i wracać (ale było warto dla spotkania☺).
No i bajka się skończyła. Zawsze była to jakaś odskocznia od codzienności, trochę adrenaliny itd., a teraz znów powróciłam do monotonii swojego życia w wakacje. Najgorsze, że jeszcze bardziej zaczęłam ją dostrzegać. Głównie przemieszczam się z kąta w kąt, czyli od łóżka do biurka swojego pokoju. W łóżku oczywiście moimi najlepszymi przyjaciółmi są misie oraz przedpotopowe mp3. Chociaż staram się bardzo nie narzekać, dla wprowadzenia odrobiny rozrywki postanowiłam, że co ranek (no może nie każdy, ale zobaczymy) będę chodziła na basen, biegała, lub to i to razem. Będzie mi towarzyszyć przy tym dobra koleżanka, więc powinnam wytrzymać w postanowieniu.


Dobra koleżanka... może to i nawet trochę mało powiedziane, jest dla mnie prawie przyjaciółką. Prawie, bo chyba trochę za rzadko chce nam się na siebie wzajemnie patrzeć.☺ Chociaż i tak spotykamy się dość często. Dodatkowo niekiedy w dziwnych momentach. Np. przedwczoraj, czyli w dzień mojego powrotu ze spotkania. Bo tak; 
przed 7:00 rano - wysiadka z pociągu i powrót do domu,
7:00-8:00 - prysznic, śniadanie, mp3,
8:00-12:30 - spanie,
12:30-13:30 - mp3,
13:30-15:00 - eeem, nic?
15:00 - wyjście na żurawinowe Redds'y do "prawie przyjaciółki", kiedy tak na prawdę nadal powinnam wypoczywać po całonocnej jeździe pociągiem, ponieważ wciąż byłam na wpół żywa.
Na spotkaniu prócz picia, filozofowania o życiu i nudzenia się razem, robiłyśmy też sobie jakieś dziwne zdjęcia, które wyszły tak beznadziejnie, że musiałam je jeszcze bardziej beznadziejnie przerobić. 

Nie powinnam tego wstawiać. XD

No to dalej. Chciałabym Wam zaprezentować kilka zdjęć, które robiłam wczoraj i dzisiaj. M.in. jest na nich mały kotek, którego niedawno urodziła kicia mojej babci. 


Dobra, chyba już się wygadałam (wypisałam?). Na koniec coś w czym zakochałam się kilka dni temu. Wiem, stare i niemodne Gangnam Style, jakoś tak przypomniało mi się o nim, bo zawsze lubiłam tą piosenkę. Po długim czasie odkryłam w końcu remix, który jeszcze bardziej mi się podoba. W gruncie rzeczy to dość dziwne, bo głównie słucham mocnego rocka lub metalu, a jak widać zaraz koło tego, ukrycie uwielbiam... hm, no takie coś. Kurcze, to nawet gorsze od disco polo, więc możecie się śmiać.☺