☽ Zadumam ☾: Zadumania

Etykiety

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zadumania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zadumania. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 stycznia 2016

Sylwester i postanowienia noworoczne

Na wstępie przepraszam, że w zeszłym tygodniu nie pojawił się nowy post. Było to spowodowane moimi problemami z Internetem, ale na szczęście teraz wszystko powinno być ok. 

Mamy już pierwszy dzień nowego roku. Tak jak wiele innych osób prowadzących blogi, chciałabym dziś napisać coś o moim sylwestrze oraz o tym, jak podchodzę do tzw. "postanowień noworocznych".
Sylwester spędziłam wraz z moją dobrą koleżanką w jej domu. Nie była to żadna impreza, tylko prawie całkiem zwykłe spotkanie, z tą różnicą, że trochę zakrapiane alkoholem i trwające do rana. Nie abym miała coś przeciwko spędzaniu czasu w większym gronie osób, po prostu trudno zorganizować imprezę, gdy swoich znajomych, z  którymi utrzymuje się bliższy kontakt, można policzyć na palcach jednej ręki. Oczywiście nie marudzę, było fajnie. Robiłyśmy pizze, które wyszły całkiem dobre, rozmawiałyśmy o bardziej i mniej dziwnych rzeczach, takich jak strony internetowe, na których można kupić paski do spodni z ludzkiej skóry (pozdrowienia dla osób, które oglądały filmik na YT pt. "10 przerażających stron WWW" :P) oraz słuchałyśmy naszych ulubionych, satanistycznych (czyt. metalowych) piosenek.


Postanowienia noworoczne. Szczerze przyznam, że nigdy sobie takich nie robiłam. Raczej należę do osób, które jeśli już coś zmieniają w swoim życiu, to robią to jak najszybciej. Z drugiej strony nowy rok może być swego rodzaju zachętą do zmian. Wiadomo, że to nie takie łatwe i dobrze mieć dodatkowe motywacje.
A więc, czy jest coś co chciałabym zmienić lub zrobić w tym roku? Tak, mam kilka planów i rzeczy, których chcę się trzymać. Chyba najważniejszą kwestią jest dalsze pilnowanie sposobu swojego odżywiania i ćwiczeń. Trwa to już ponad rok i zawsze dążę by było w miarę możliwości coraz z tym lepiej, niż gorzej. Nie są to żadne restrykcyjne zasady, po prostu chęć polepszenia swojego samopoczucia i wyglądu ciała. Nie jest już źle, jestem z siebie dość zadowolona, ale wiem, że aby nie zaprzepaścić tego, co już osiągnęłam, muszę i będę musiała się pilnować już zawsze. Jednak nigdy nic nie robię wbrew sobie, zawsze tylko w sposób by sprawiało mi to satysfakcję i było przyjemne. 
Jeżeli jesteśmy w temacie zdrowia, to mam takie małe marzenie, aby zapisać się na jakieś zajęcia z aktywności fizycznej. Chyba najszybciej uda mi się to z ponownym zapisaniem się na kurs karate. Kilka lat temu byłam na paru lekcjach, które bardzo mi się spodobały, niestety przez pewne "komplikacje" zrezygnowałam z tego. Chciałabym tego, bo to zawsze jakieś oderwanie od życia opartego na strukturze szkoła-dom, dodatkowo nowa okazja na wzbogacenie siebie. 
Ostatnim z większych postanowień jest... ogarnięcie swojej szafy z ubraniami. Nie brzmi to tak ambitnie jak powyższe dwa plany, ale jest dla mnie dość ważne. Mówiąc dokładniej, chodzi mi tu o kupowanie już tylko ubrań, które jestem pewna, że będę nosić z zadowoleniem. Chcę zwracać większą uwagę na swój styl, który chyba jest przynajmniej w minimalnym stopniu określony. Po tych słowach niektórym może się wydawać, że mam zawaloną szafę tonami ciuchów, których nie noszę. Nie, ubrań mam wręcz bardzo mało jak na dziewczynę, ale nadal znajdą się takie, które są skazane tylko na utlenianie się. Ich też nie ma wiele, jednak co do swoich ciuchów byłabym spokojniejsza mając wyłącznie takie, które bardzo lubię, i nieważne czy będzie ich 100 czy 10, jednak przyznam, że bardziej przemawia do mnie skromniejsza ilość ciuchów. Chyba lubię się do nich "przywiązywać emocjonalnie" i nosić co drugi dzień tą samą koszulkę. :P
Przyszedł czas na podsumowujące postanowienie, do którego spełnienia niezbędne będzie trzymanie się pozostałych trzech planów. Otóż, chciałabym zawsze, a przynajmniej jak najczęściej, być z siebie zadowolona w każdym aspekcie. Z tego jak wyglądam, jaka jestem, co robię. To chyba nawet nie postanowienie, a marzenie przy moich możliwościach. Cóż, ale nikt nie zakazuje mi takiego mieć.

To tyle. Na koniec chciałabym Wszystkim życzyć szczęśliwego Nowego Roku. Jeśli także macie jakieś postanowienia, to życzę również, abyście w nich dzielnie wytrwali! :)

piątek, 4 grudnia 2015

Trochę moich snów

Cześć! Chciałabym podzielić się z Wami garścią swoich ciekawszych, dziwniejszych i bezsensowniejszych zapisków o własnych snach. Odkopałam dwa zabytkowe zeszyty, najstarszą notatkę w jednym z nich napisałam 07.07.2014r. (miałam jeszcze starsze zeszyty, ale chyba szlag je trafił).
Pewnie ktoś zapyta, po co zapisywałam swoje sny? W III  gimnazjum zaczęłam się interesować świadomym śnieniem. Bardzo mocno wkręciłam  się w tę tematykę, każdego dnia czytałam o różnych sposobach na wywoływanie LD (Lucid Dream, czyli Świadomy Sen). Tak jak podaje wiele poradników; najważniejszym elementem, bez którego nie możemy się obyć, jest posiadanie dziennika snów. Dzięki niemu możemy bardzo poprawić swoją pamięć do snów. Od razu mówię, że to nie bujda. Tak jak wiele osób, zaczynałam z 2-3 zdaniowymi notatkami na temat zeszłonocnego snu, pamiętałam tylko ułamek jednego (a przecież każdej nocy człowiek ma 4-5 snów). Jednak po niedługim czasie zapamiętywałam już 3-4 sny, a zapiski zajmowały mi nawet kilka kartek!
Przed każdym zapiskiem będzie data jego powstania, a "[...]" będzie oznaczało, że w dzienniku mam jeszcze coś tam napisane, ale nie jest to wybitnie ciekawe. Dodatkowo w tym kolorze będą komentarze dla Was, abyście w miarę zrozumieli o co chodzi i kto jest kim, bo wiadomo, że w moich snach pojawiają się ludzie i zdarzenia z mojego codziennego życia. Nie zdziwcie się, że prawie wszystkie osoby, o których napiszę, będą albo znajomymi z klasy albo nauczycielami. Jestem dość dziwną osobą, która nie ma znajomych poza szkołą. No to zaczynamy! :D

08.07.2014r. „Było Boże Narodzenie, nasza klasa miała pożegnać się z panem Żebrowskim (mój wychowawca z I klasy technikum, niestety po roku się przeprowadził do innego miasta). Chciałam kupić mu prezent. Poszłam do jakiegoś sklepu plastycznego, w którym widziałam dziwne książki. Ktoś dał mi mały, płaski, czarny pędzelek. Gdy już coś kupiłam, weszłam na Facebooka i zobaczyłam, że Caban (kolega z klasy) 15 minut temu dodał zdjęcie z Wigilii klasowej. Odbyła się ona wcześniej i nikt mnie nie powiadomił. Zapytałam się Iwony (koleżanka z klasy), czy ktoś dał panu prezent. Powiedziała, że nie. Byłam zła […]”

09.07.2014r. „Workowa, Natalia M., Natalia B., Karolina i Ania (koleżanki ze starej szkoły). Ta ostatnia wyglądała tak, jak gdy chodziła do podstawówki. Była wredna. A może to ja byłam wredna? Śpiewałyśmy. Chyba jakąś piosenkę Krawczyka. Każda swoją zwrotkę. Teks był napisany na pluszowym kocie. […]”

12.07.2014r. „Ja, mama i babcia przeszłyśmy przez tory koło Puckiej. Widziałam jakiegoś bezdomnego. Gdy byłyśmy koło przejścia przez ulicę, on do nas podszedł. Zaczął coś głośno nawijać, nie wiem czy do nas, czy do kolegi, który z nim był, czy do samego siebie. Mama i babcia zaczęły z niego kpić. Babcia powiedziała, że to dlatego, bo urodził się za czasów komuny. […]”

16.07.2014r. „Lekcja z panem Żebrowskim w Sali 41. Ja jako jedyna siedziałam w środkowej ławce. […] Pokazał mi jak w jakimś pliku coś poukładać. Był bardzo miły. Zostawił mnie samą z pracą i poszedł pod tablicę do chłopaków. […] Skończyło się na tym, że powkładałam wszystkie pojemniczki z kwasem do czegoś co przypominało kosmetyczkę.”

Ta sama noc. „Chodziłam z kimś po lesie. Co chwila wchodziliśmy do niewielkich betonowych nor, które znajdowały się za drewnianymi drzwiczkami. By w nie wejść musieliśmy się schylać. Koło jednej z nor poczuliśmy coś dziwnego. Ktoś od drugiej strony zastawił drzwi jakimś żelastwem. Próbowaliśmy je otworzyć. Wiedziałam kto jest w środku. […]
Wtedy jakby się obudziłam. Koło mnie była mała dziewczynka. Zapytałam się, czy on jej też zrobił krzywdę (chodził o mojego nauczyciela z wf XD), odpowiedziała, że tak. […] Znowu zaczął nas ścigać. Poczułam, że to tylko jakiś diabelski sen, więc postanowiłam, że spróbuję się unieść w górę. Udało się, chociaż nie było to łatwe.* Może przez strach. Opadłam na ciężarówkę, która jechała na Osiedle Chopina. […]”

*Myślałam, że był to sen świadomy. Ale nie mógł nim być, bo się bałam i uciekałam. Na pewnym forum dowiedziałam się, że to był pewnie swego rodzaju „sen we śnie”. 

17.07.2014r. „Zaczął się rok szkolny, była lekcja matematyki z panem Barukiem (mój były nauczyciel matematyki). Rozmawialiśmy o nowych nauczycielach. Potem była lekcja z jednym z nich. […] Dał nam wszystkim po kilka kartek dotyczących naszej strefy emocjonalnej i powiedział, że na końcu lekcji zrobi z tego krótką kartkówkę. […] Wyszłam z Sali schodami w dół. Poszłam do swojego pokoju, mieszkałam w szkole (to było coś jak internat). Weszłam na stronę internetową szkoły, byłam ciekawa nowych psorów i przedmiotów. […] Naszym nowym wychowawcą był jakiś Jan, który niczego nie uczył. Niektóre nazwy przedmiotów były dziwne np. „religia i filozofia”, a nazwa fizyki brzmiała jak cały zakres materiałów, który mieliśmy do zrealizowania w tym roku. […] Wpadło mi do głowy, by zapytać się pana Barcińskiego (mój nauczyciel z fizyki), czy jego syn, który też u nas uczył (a tak w realu to nie uczył i nie uczy :P), nie chciałby zostać naszym nowym opiekunem. Przynajmniej mieliśmy z nim lekcje. Pan był miły, ale powiedział, że to raczej niemożliwe. Rozmawiałam z nim na małej sali gimnastycznej mojego starego gimnazjum.
Wróciłam do domu i powiedziałam o wszystkim mamie. Pokazała mi jakiś dziwny przedmiot, który miał być książką, ale jej nie przypominał. Mama powiedziała, że to 6 tomów, ale ten ostatni miał być nieprawdziwy. Gdy podała mi to coś do ręki, z jego boków wypadło więcej „książek”. […] Podobno były w nich jakieś straszne opowieści, które miały się spełnić na jawie. Tyle co mi się stało, to że zobaczyłam Slendermana za oknem. […]"

Myślę, że jak na razie to by było na tyle. Muszę przyznać, że pisanie tego postu sprawiło mi niezwykłą frajdę. Mogłam  sobie przypomnieć swoje stare sny, które pomimo tego, że w 90% są strasznie głupawe, stanowią dla mnie wielką wartość. Mam nadzieję, że przeczytaliście chociaż jeden fragment. Może nawet sami zainteresujecie się własnymi snami, co gorąco polecam!
Pozostawiam dwa pytania:

Czy chcielibyście przeczytać więcej starych skrawków z moich zapisków sennych?

Czy chcielibyście, abym napisała więcej na temat LD i swoich własnych doświadczeń ze snem? 

Mam zamiar powrócić do tej starej zabawy snami. Jeśli pomysł by Wam się spodobał, to dajcie znać w komentarzach, może zrobię z tego jakąś serię na blogu?

sobota, 28 listopada 2015

Chcę być lepsza?

"Kochajmy samych siebie, nieważne jacy jesteśmy", jupii.
Nie wiem czy też tak macie, ale mi ta gadka dawno się znudziła. Zamiast pomóc, wręcz jeszcze bardziej załamuje i odbiera energię do działań. Brzmi to jakby zmienianie siebie było czymś złym.
"Nie zmieniaj siebie, bądź taki jaki jesteś teraz"
Rozumiem, że ktoś tak naprawdę może sądzić, ale czy to oznacza, że np. osoba z tuszą (niekoniecznie otyła, ale taka którą denerwuje własny wygląd) ma zaakceptować siebie, swój stan fizyczny i obżerać się batonikami?
To tylko taki mały wstęp. Nie przepadam za ocenianiem tego co mówią lub robią inni, tym bardziej nie znoszę wyrażać swojej opinii dotyczącej innych osób, bo jedyną osobą, którą mogę skrytykować z czystym sumieniem, jestem ja. (o bosze jakie mądre słowa, aż sama się muszę pochwalić).
To przejdźmy do sedna. Czy czuję się dobrze ze sobą?
Obecnie... różnie. Niestety w tej kwestii jestem dość nierozgarnięta. Są dni, gdy uważam się za wartościową osobę, podobam się sobie, ale też bywają takie, gdy jestem do siebie niemal wrogo nastawiona. Smutne, ale jest to uargumentowane. Wiem, że stać mnie na więcej, aby wykrzesać z siebie swoje lepsze ja, ale mam taki problem, że często mi się nie chce, jestem kłębkiem kompleksów, który marzy tylko o tym by położyć się do łóżka i myśleć o swoich wszystkich wadach, przy czym niekiedy wyolbrzymiać je. Wyolbrzymianie jest złe, bo prowadzi do wspomnianych kompleksów, ale czy krytykowanie siebie za lenistwo i słomiany zapał jest niedobre? Myślę, że wręcz przeciwnie, lecz najważniejsze, aby wyciągać z tego wnioski. Z dumą przyznam, że czasem udaje mi się pokonać swoje słabości, to, że tak łatwo mnie zdemotywować. W moim przypadku to "czasem", to dużo.
Gdy byłam w podstawówce-gimnazjum, to niech tylko ktoś spróbował, nawet w kulturalny, sposób zwrócić mi uwagę, że powinnam trochę schudnąć lub zadbać o siebie. Od razu się oburzałam, udawałam, że podobam się sobie. Szczególnie gimnazjum zabolało, bo uświadomiłam sobie, że posiadanie większych cycków od koleżanek nie gwarantuje mi bycia postrzeganą przez innych jako atrakcyjną. Zaraz, zaraz, ale przecież nie powinno się patrzeć na zdanie innych. Cóż, ja nie do końca trzymam się tej regułki. Przecież fajnie pomyśleć, że jestem lubiana przez rówieśników, a nauczyciele sądzą, że jestem miła i mądra.

#gifyzhomeremsąnajlepsze

Zauważyłam, że teraz, gdy udało mi się w pewnej mierze osiągnąć kilka ze swoich ważnych celów, czyli m.in. schudnąć, lepiej się uczyć i czuć we własnej skórze, powstał pewien paradoks. Bo zauważam swoje postępy, ale jednocześnie o wiele częściej się krytykuję. W gimnazjum pocieszałam się słowami "nie słuchaj innych, jesteś ładna", a obecnie często myślę sobie "ale z ciebie prosiak, schudnij i zrób coś ze sobą". Oczywiście, gdy nie mam maksymalnie depresyjnych humorów, to nadawanie sobie pieszczotliwej nazwy "prosiak" jest dość żartobliwe, bo chyba mam troszkę dystansu do siebie. Ale jednak sens tej myśli jest prawdziwy. Chyba zrobiłam już sporo, ale nadal oczekuję od siebie więcej, co uważam za dobre. Bo jeżeli mogę i chcę, to czemu tkwić w jednym punkcie, skoro przez to bardzo się dołuję, tracę wiarę we własne możliwości i samodyscyplinę. Niestety bywa, że trudno mi się zmobilizować, wynika to głównie z tego, że dość często przez różne nieprzyjemności, mam humor, który nie pomaga mi we wstaniu z kanapy i zrobieniu czegoś dla siebie. Może to na pierwszy rzut oka głupia wymówka, ale czasem trzeba spojrzeć trzeźwo na swoją sytuację i nie obarczać tylko siebie winą. Jednak należy próbować, chociaż małymi krokami. Nie można tylko marzyć i po czasie się zadręczać przez bycie biernym, swoje plany powinniśmy wprowadzać w życie.
Dobrym pomysłem jest na chwilę przysiąść i zastanowić się, co tak właściwie nie podoba nam się w sobie. Czy chcemy coś zmienić, czy dodać do swojego życia. Ja np. chciałabym znaleźć dla siebie jakieś pasje. Kiedyś bardzo lubiłam rysować i zastanawiam się czy by do tego nie powrócić. Jeśli chodzi o coś bardziej oryginalnego, to długi czas interesowały mnie sny, chciałam stać się oneironautką (i nawet trochę mi się udało!). Piszę o tym dlatego, bo przecież w życiu nie liczy się jedynie nasza "rama", czyli wygląd i usposobienie do innych ludzi, ale też to co my kochamy, co chcemy robić, na co poświęcać swój czas. Nieważne czy poświęcamy się pięciu dziedzinom, czy jednej. 

Jako dowód próby robienia czegokolwiek innego niż narzekanie na siebie, pokazuję Wam wzruszający pejzaż, przedstawiający trzech jegomościów ze Skyrima, słodką foczkę z tejże gry oraz w tle piga z majnkrofta (a na trzecim planie, po górze wspina się koń). Posklecałam to razem z koleżanką, która na lekcji pokazała mi jak obsługiwać warstwy w Gimpie, więc czegoś nowego na starość się nauczyłam. :') Niby taki badziew, ale nawet trochę zainteresowałam się grafiką.
To co pisałam na samym początku mogło zabrzmieć dość groźnie, dlatego kilka zdań sprostowania i podsumowania. Zmiany są dobre, ale tylko wtedy, gdy nie są nam narzucone i nie są brew naszej naturze. Sami musimy wybrać, czy chcemy się zmieniać, a jeśli chcemy to w jaki sposób. (Teraz coś bardzo oklepanego) - zawsze trzeba być sobą. Pewnie brzmi to dla niektórych jak paradoks - zmieniać się a jednocześnie być sobą? Tak można. Powiem więcej, dzięki zmianom możemy bardziej poznać siebie i rozwinąć skrzydła. Grunt to żyć w taki sposób, by być z siebie zadowolonym.

✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬✬

Pinkne zdjęcie, które zrobiłam wczoraj o 7:30 telefonem, idąc do szkoły. W gruncie rzeczy to tylko fajny jest ten poranny księżyc w tle (bardzo podoba mi się to zjawisko), ale uznałam, że dodam to zdjęcie do pierwszego lepszego posta. Tak trochę z dupy.

niedziela, 27 września 2015

Jest coś nie tak

Cześć! Ale się stęskniłam za pisaniem postów. Wiem, znów długo mnie nie było, uprzedzałam, że przerwy będą góra tygodniowe, a tu ponad dwa znów wypadły. Jednak teraz mam całkowicie proste i jasne wyjaśnienie; byłam przeziębiona. Pewnie gdyby był to tylko jakiś mały katarek i lekkie bóle głowy, to z łatwością zrobiłabym szybciej nowy wpis, wizja siedzenia pod ciepłą kołderką i wylewania swoich głupich myśli na bloga jest całkiem przyjemna, ale niestety ja tym razem byłam mocno załatwiona i nie miałam na nic innego ochoty, jak tylko na spanie i czekanie na kolejne dawki leków. No dobra, koniec wstępu, przechodzimy do tematu!
A więc... jest coś nie tak (ha, udało mi się zgrabnie wpleść tytuł). Jeszcze przy chyba ostatnim poście pisałam, że czuję się naprawdę dobrze, że jest fajnie w szkole itd., mam energię, jednak po pewnym czasie poczułam, że zaczynam się wypalać. Nie chodzi o naukę, mówię tu o mnie samej. O tym, że przez samą siebie, przez to co ze sobą robię, czuję się coraz gorzej. A co robię? No właśnie NIC. Jeśli mam, kolokwialnie, walić prosto z mostu, to chodzi o to, że przestałam ćwiczyć. Mówię tu o aktywności fizycznej. Chyba nigdy nie pisałam o tym, przynajmniej na tym blogu, że już od prawie roku staram się ćwiczyć, doszło też zdrowsze i bardziej regularne odżywianie. Oczywiście wszystko to wprowadzałam stopniowo. Teraz jestem już na etapie, gdy całkiem przyzwyczaiłam się do jedzenia 3-4 razy dziennie, co 3-4 godziny, nie jest to idealne, ale na pewno lepsze niż obżeranie się dwa razy w dzień. Więc, to pozostało, ale tak jak napisałam, gorzej ze sportem. Może po kolei...


Całkiem na początku tego mojego odchudzania, walki o to by czuć się lepiej, robiłam praktycznie same nożyce oraz brzuszki. Po jakimś czasie potrafiłam nawet godzinę tak ćwiczyć. Wiem, że nie są to ćwiczenia dobre na spalanie tłuszczu i nie jedna osoba powiedziałaby, że to było jedynie marnowanie czasu, ale jednak mi się udało i schudłam na tym. Zajęło to pewnie więcej czasu i wysiłku, niż jakbym miała zamiast tego np. biegać, no ale efekty najważniejsze. No i czułam się świetnie. Po kilku miesiącach zaczęłam więcej czytać o zdrowym trybie życia, przez to też rozpoczęłam robienie przysiadów, ćwiczenia na biceps (zawsze miałam kłopot z dużymi ramionami, teraz jest już nawet ok), rozpoczęłam także picie zdrowych herbat, tj. zielonej i czerwonej, wpływają one m.in. dobrze na metabolizm. Pierwszego miesiąca lata trochę nie wykorzystałam co do ćwiczeń, jednak już od początku sierpnia biegałam oraz chodziłam na basen. No i nadal czułam się wspaniale, coś ze sobą robiłam. To wiadome, że ćwiczenia fizyczne nie tylko poprawiają wygląd ciała, ale i stan psychiczny, moja pewność siebie była na naprawdę wysokim poziomie. A teraz... 
Mam huśtawki nastroju, nie czuję się ze sobą tak dobrze jak przedtem. Teraz jest tak zwyczajnie, tak bezsensu, bez celu. Nie powiem, że jestem jakoś szczególnie pulchną osobą, ale mam za dużo tego i tamtego, sporo brakuje mi do sylwetki z której byłabym w pełni zadowolona, jednak nie chodzi tylko o to. O wszystko. Tak do rzeczy, to pewnie zapytacie; to czemu nie ćwiczysz??? Odpowiem w ten sposób; robię przysiady, ćwiczę ramiona, od czasu do czasu porobię brzuszki, ale to nie to samo, co wakacyjne ćwiczenia. Teraz jedynymi efektami jest trochę lepsza pupa i szczuplejsze ramiona, ale to nadal mnie nie zadowala w pełni. Potrzebuję pocenia się, palenia tłuszczu, produkcji endorfin, super wysiłku, mocnego cardio itd. itp. A niestety i basen i biegi odpadają. To pierwsze dlatego, że jedynie podczas okresu wakacji bilety na pływalnie są w przystępnych cenach, a poza nim to straszna drożyzna. Biegi nie, ponieważ ja po prostu nie potrafię ich uprawiać, gdy jest zimno. Może ktoś powie, że to głupie, ale znając mnie i moją odporność na chłód, po kilku dniach znów byłabym przygwożdżona do łóżka, z zapchanym nosem. Nie czułabym się też komfortowo podczas samego biegu, będąc zakrytą od stóp do głów. Wiem, pewnie to wymówka, ale nie chcę by coś co ma mi dawać satysfakcję i radość, stało się czymś całkiem odwrotnym. Jeśli mam być szczera, to marzy mi się chodzenie na siłownie albo jakieś zajęcia fitness, lub coś podobnego, ale w tym przypadku znów odzywają się moje ograniczenia pieniężne. No i jestem w kropce. Myślałam nad wykonywaniem specjalnych treningów, które można za darmo wyszukać nawet na YT, typu Chodakowska albo Mel B. Niby pomysł fajny, chociaż nie mam dobrych warunków na coś takiego w pokoju. Jest on bardzo ciasny i ledwo można swobodnie się po nim poruszać, tak jak po całej reszcie domu. 
Mam nadzieję, że nie uważacie moich słów za głupie wymówki. Chciałam tylko pokazać, że mam sporo chęci i pomysłów, ale marne warunki na ich spełnianie. Może Wy mi coś doradzicie? Jestem bardzo otwarta i z radością przyjmę każdą poradę, czy pomoc. 
Trzymajcie się i do kolejnego posta.♥

piątek, 31 lipca 2015

Połowa wakacji za nami

Mamy dziś 31 lipca, czyli na dobrą sprawę pozostał cały miesiąc wakacji. Pewnie wielu mówi, że ten okres zleciał im bardzo szybko, ale w moim przypadku tak się nie stało. Nawet patrząc z perspektywy czasu, lipiec mijał mi wolno. Możliwe, że niejedna osoby by mi zazdrościła, jednak chyba nie ma czego. Nie chcę marudzić, "ooo, jak mi się nuudzi", tylko po prostu wyczerpały mi się już chęci na odpoczynek. Nie wiem czy też tak macie, ale osobiście, gdy posiadam nadmiar wolnego czasu, to często brak mi zapędu do robienia czegoś. Np. w roku szkolnym, gdy lekcje w dany dzień się już kończą, a ja wracam do domu, jestem nakręcona na spędzenie reszty dnia aktywnie, nie tylko fizycznie, ale i umysłowo. Uczę się, ale też wplatam w to zajęcia, które są dla mnie czystą frajdą, powiedzmy oglądanie filmów. Jest to na pewno spowodowane faktem, że czasu nie mam aż tak wiele, a chcę zrobić jak najwięcej. Za to teraz, podczas wolnego, mam nadmiar czasu i nawet, jeśli zajmę się jedną pożyteczną rzeczą, to okazuje się, że po jej wykonaniu, tego czasu nadal jest wiele, więc już nie wiem co mam z nim zrobić.


Ok, trochę bardziej do rzeczy, to czym się w ogóle zajmuję? Hm, na początku sierpnia, gdy pogoda bardzo dopisywała, wychodziłam gdzieś co drugi dzień, spotykałam się raz z jedną, raz z drugą koleżanką. Teraz nadal od czasu do czasu wyjdę, chociaż to nie to samo. Jest chłodno, pogoda deszczowa, dobra na siedzenie w domu. I właśnie, gdy w nim jestem, moje życie obraca się wokół kilku powtarzających się czynności; oglądanie filmików na YT, słuchanie creepypast, czytanie książki, rozwiązywanie krzyżówek. To tak głównie, trochę rzadziej rysuję, oglądam filmy, trenuję i uczę się. Z jednej strony nie ma tragedii, bo co mam robić innego? Myślę, że sierpień minie mi o wiele szybciej, ponieważ w swoje zajęcia chcę wpleść jeszcze trochę więcej nauki. Może to brzmi jakbym była nienormalna, ale lubię się uczyć. Oczywiście nie wszystkiego! Na pewno nie wyobrażam sobie siebie trzymającą podręcznik z polskiego albo historii.☺ Po drugie sądzę, że "rozgrzanie" szarych komórek przed rokiem szkolnym, nie jest aż takim złym pomysłem. I może dzięki temu inne zajęcia będą sprawiać mi większą przyjemność, bo prócz robienia głupot wplotę w to trochę poważniejszych rzeczy, czyli właśnie naukę.
To tylko mój sposób na spędzenie sierpnia i nikt nie musi się ze mną zgadzać, że to fajny pomysł. Każdy lubi robić coś innego i ma do tego inne podejście. Jakie jest Wasze? Macie jakieś pomysły na kolejny miesiąc?

poniedziałek, 13 lipca 2015

Kim chciałam być?

Pogoda za oknem całkiem dopisuje, jednak nie czuję się dziś najlepiej, dlatego cały dzień spędziłam w łóżku. Zawsze, gdy zdarzają mi się takie dni, istnieją tylko trzy rzeczy, którymi mogę się w tym czasie zająć; słuchanie muzyki, czytanie książek lub rozmyślanie. I właśnie w moim dzisiejszym planie zajęć wyszczególniona została ta trzecia czynność.
Myślałam. O czym? W gruncie rzeczy o wielu sprawach, ale głównie wzięło mnie na wspominki. Dokładniej mówiąc, myślałam o sobie i o tym kim zawsze chciałam być. Wiecie, dziecięce marzenia, plany na przyszłość itp., będące teraz odpowiedzią na pytanie "kim chciałaś zostać, gdy byłaś mała?". Aby udzielić na nie pełnej odpowiedzi, muszę podzielić ten cały czas "wstecz" (bo nie tylko dzieciństwo, ale i całkiem niedawny okres czasu)  na trzy części. 
Gdy byłam dzieciakiem do lat 8-9, chyba byłam najambitniejsza. Miałam marzenia! Pomimo wszystkiego co działo się wokół, moja głowa była pełna pomysłów na przyszłość, ale najbardziej chciałam zostać archeologiem albo astronomem (lub najlepiej jednym i drugim ☺). Trzeba przyznać, że oba te zawody dość odstają od siebie. Chyba po prostu interesowało mnie wiele rzeczy. Tata co rusz obsypywał mnie nowymi, naukowymi książkami, a nawet i kupił nie najgorszy teleskop, co miało przybliżyć mi smak bycia astronomem. Wiadomo, że małe dzieci szybko pochłaniają wiedzę i dość ławo może je coś zaintrygować. Teraz aż sama się dziwię, że tak bardzo mogła pociągać mnie historia, która jest nieodłączną częścią bycia archeologiem. Jednak zainteresowanie astronomią pozostało do dziś. Oczywiście miałam też inne wizję siebie w przyszłości, np. zoolog. Bardzo lubiłam czytać atlasy z kolorowymi zdjęciami zwierząt, mam nawet jeden stary do dziś. To nie koniec nie pasujących do siebie fachów. W IV klasie podstawówki, gdy doszły nowe przedmioty, zainteresowałam się informatyką. Szczerze, to na początku chyba nawet nie bardzo wiedziałam czym zajmuje się informatyk, znałam jedynie krótką definicję z podręcznika, ale nie było to dla mnie większą przeszkodą, by i tak chcieć nim zostać.☺ 


Niestety w podstawówce stoczyłam się z ambicjami. Może śmiesznie to brzmi, bo byłam tylko głupim dzieckiem, ale był to dla mnie tak burzliwy okres, że coraz poważniej zaczęłam zastanawiać się "co tu zrobić, żeby zarobić i się nie narobić?", gdy będę starsza. Nie, nie były to żadne plany, nad którymi sumiennie pracowałam, aby je spełnić na tyle na ile mogłam. To były tylko myślenia o zostaniu, a jakby kim innym, jeśli nie piosenkarką! Tak, ewentualnie aktorką lub muzykiem. Wiadomo, teraz sądzę, że droga do takiej kariery jest bardzo trudna, wymagająca, ale wtedy? Phi, co w tym takiego niemożliwego? Przecież nawet nie będzie się trzeba uczyć! A ile kasy z tego będzie, ile zabawy. Rozśmiesza mnie to, ale nie ja sama knułam taką przyszłość, siedziały też w tym moje koleżanki i kilka innych osób. Oj, ale to akurat dla mnie wyczerpujący temat i raczej byłby on dobry na całkiem osobny post. 
No więc doszliśmy już do ostatniej części, czyli co myślałam sobie, po wytrzeźwieniu z podstawówki, o moim przyszłym zawodzie? Chodzi oczywiście o gimnazjum. O ile dobrze pamiętam, to przez sporą część czasu... nic. No ok, nie do końca. Coś mi się tam dalej kołatało w głowie, że może wspomniana informatyka byłaby dobrym wyjściem (wtedy już w miarę wiedziałam, czym zajmuje się ogólnie informatyk). Ale było to takie byle jakie myślenie, sądziłam, że po prostu mam sporo czasu na podjęcie decyzji, więc czym tu się przejmować. W III klasie coś we mnie pękło i znów zaczęłam sądzić, że nauka nie jest przyjemna i nie chcę się w nią bawić. W szkole nie miałam złych ocen, średnia powyżej 4, jednak nie chciałam się "męczyć" pochłanianiem hektolitrów wiedzy przez kolejne cztery lata (jedyne czego byłam pewna, to że pójdę do technikum). Więc, zapoznawszy się z ofertami szkół średnich w moich okolicach, doszłam do wniosku, że najlepiej i najwygodniej wybrać handlówkę (podkreślam; nie sądzę, że ten kierunek jest łatwy! Po prostu kiedyś miałam takie zniekształcone myślenie). W okresie kwietnia-czerwca, gdy nauczyciele często pytali się gdzie idziemy dalej, odpowiadałam bez zastanowienia, że na handlowca. Naprawdę nie wiem co we mnie wstąpiło. Przecież sprawy związane ze sprzedażą, marketingiem nigdy, przenigdy mnie nie interesowały! A tak naprawdę chciałam iść na informatykę, ale sądziłam, że sobie nie poradzę. Do dzisiaj dziękuję w głębi serca dwóm osobom, które skłoniły mnie do zmienienia decyzji i większej wiary w swoje możliwości. Dziękuję też sobie, co jest ogromną rzadkością. Jeszcze dobrze pamiętam ten dzień, teoretycznie ostatni na zmienienie swojego wyboru profilu, w szkołach do których złożyliśmy papiery o przyjęcie. W gimnazjum miałam kiermasz z książkami. Na moje szczęście siedziałam tam tylko jakieś 10 minut, ponieważ wszystkie podręczniki kupiła ode mnie dziewczyna sprzedająca książki na tym samym stanowisku co ja. Szczęście, ponieważ została mi tylko godzina na zmianę decyzji. Już nie chcę pisać o tym, jak bardzo byłam szczęśliwa wychodząc z przyszłej szkoły, gdy wiedziałam, że będę chodzić do klasy informatycznej. Myślę, że i to jest dobry temat na inny post, czyli jak bardzo zmieniło się moje życie od tamtej chwili. 
I to chyba już koniec. Wspomniałam o tym co uznałam za najważniejsze, a i tak wyszedł z tego niezły tasiemiec. Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was tym wszystkim.☺ 
A kim Wy chcieliście być w przeszłości?

czwartek, 9 lipca 2015

Nauka języka angielskiego

Język angielski... język bez którego trudno obyć się w dzisiejszym świecie. Język, który zna tak wielu ludzi z każdego zakątka Ziemi. Język będący kluczem do wielu cennych źródeł informacji. Język, który bardzo może przydać mi się w moim przyszłym zawodzie. Język potrzebny mi do zdania matury!
To chyba mnie przekonuje, aby przez wakacje się go pouczyć. Niestety, jestem już w III klasie szkoły średniej, angielszczyzny uczę się od IV klasy szkoły podstawowej, a sądzę, że znam ją co najmniej bardzo, bardzo słabo. Jest to wręcz moja pięta achillesowa. Hm, pewnie po prostu przykładałam się do nauki tego języka zbyt cienko, gdy byłam mniejsza. Niestety od zawsze lekcje angielskiego były dla mnie bardzo stresujące, może wynika to z mojej ogromnej bariery, szczególnie jeśli chodzi o mówienie. W gruncie rzeczy to dziwne, ale jeśli mam powiedzieć coś po angielsku, nawet do koleżanki, to od razu ogarnia mnie zawstydzenie i nie umiem nic sensownego wybełkotać.
Chciałabym to jakoś zmienić, abym na przyszłych lekcjach nie musiała się denerwować. I aby czuć, że na prawdę coś potrafię. Kilka dni temu powtórzyłam sobie trochę słówek oraz czasów w języku angielskim. Dzisiaj zapisałam sobie na kolorowo parę stron kolejnych podstawowych słówek. To głupie, ale nawet słowo takie jak "say" wzbudza (no teraz to już wzbudzało) we mnie wiele niepewności. Korzystam z → tej strony ←  . Znajdziemy na niej 1000 bardzo często używanych słówek. Część z nich znam, ale większość tylko z widzenia,  bo sama nie miałabym tak na prawdę pojęcia jak je przetłumaczyć. 
Wyszedł mi w miarę krótki post, ale co się tu rozpisywać. Więcej działania, mniej gadania! Trzymajcie za mnie kciuki. ☺

środa, 1 lipca 2015

Czytanie książek

Dziś już pierwszy lipca, więc wakacje bezdyskusyjnie ruszyły. Zawsze mam wielki dylemat, czy na pewno w miarę dobrze uda mi się wykorzystać ten czas. Aby tak się stało, mam zamiar naczytać się książek za wszystkie czasy. Niestety w ciągu roku szkolnego udało mi się przeczytać... aż wstyd się przyznać, wyłącznie jedną książkę. Pewnie, że miałam ochotę sięgnąć po więcej tytułów, ale zawsze; a to brakowało czasu, a to myślałam, że pożyteczniej będzie wziąć do ręki podręcznik szkolny itd. 
Cieszy mnie, że udało mi się przeczytać już jedną, grubą książkę - Metro 2034, którą dostałam na Święta od koleżanki. Spodobała mi się poprzednia część, tj. Metro 2033, więc "pożarłam" ją ze smakiem.☺
Kilka dni temu, całkiem z nudów, przywiało mnie do mojej ulubionej biblioteki. Na prawdę ją uwielbiam, jest mała, ciemna, a w powietrzu unosi się zapach starych książek, ponieważ posiada takich wiele. Sama byłaby dobrym miejscem do opisania w książce. Wracając do rzeczy, szukałam czegoś dla siebie co by mnie zainteresowało. Było wiele ciekawie wyglądających książek, ale zdecydowałam się na Władcę Marionetek. W gruncie rzeczy niepozorna, wydaje się być lekka do czytania. Zaczęłam ją w zeszłym roku, jednak przeczytałam tylko kilka kartek. Nie dlatego, że mi się nie podobała, ja po prostu często tak miałam. Chciałam przeczytać jak najwięcej, a co do czego wielu tytułów nie kończyłam.
Myślę, że gdy kolejny raz pójdę do biblioteki, wypożyczę sobie coś naukowego. Przy ostatniej wizycie przeglądałam dział z tego typu książkami, większość z nich jest dość stara, ale to właśnie dodaje im charakteru. Interesuję się astronomią i fizyką, nawet książka, którą jako jedyną przeczytałam podczas roku szkolnego poruszała tego typu tematy, była to Krótka historia czasu Stephena Hawkinga. Pożyczył mi ją mój nauczyciel fizyki. Na prawdę, polecam każdemu, kogo choć odrobinkę fascynuje otaczający nas Wszechświat. Książka napisana w bardzo dobry sposób, nie trzeba być zaznajomionym z naukowym językiem.
A Wy jakie książki lubicie czytać? Będę wdzięczna, jeśli podzielicie się jakimiś ciekawymi tytułami.☺

niedziela, 28 czerwca 2015

Pierwszy post & wakacje

Miałam już kilka blogów i chyba najgorszą czynnością, którą tak czy inaczej musiałam zawsze wykonywać, było napisanie pierwszego posta. Nigdy nie wiedziałam czy najpierw powinnam się przedstawić, zamieścić swój życiorys, czy raczej od razu zacząć pisanie na określony temat. Teraz postanowiłam, że postaram się połączyć te pomysły ze sobą. 
A więc, jestem Ania i od niecałego miesiąca mam 18 lat. Mieszkam w Wejherowie, jakby ktoś nie wiedział, to taka mieścina na pomorzu.W nadchodzącym roku szkolnym rozpoczynam III klasę technikalną informatyczną. Posiadam ukochaną kundelkę o imieniu Dżeki (czy jeśli wolicie - Jacky) oraz złotą rybkę o imieniu... Lulek? Chociaż na ogół mówię na nią po prostu Ryba, tak jest bardziej dostojnie.☺
Czemu w ogóle założyłam sobie bloga? Tak jak już wspomniałam, to mój któryś z kolei, i tak jak jego poprzednicy, chciałabym aby posłużył mi za miejsce gdzie mogę wylać trochę swoich myśli lub podzielić się z czymś, w moim uznaniu, interesującym z innymi. Dawne blogi szlak trafił, ponieważ zaczynały mnie nudzić, brakowało mi czasu, tematów lub zbierało się na nich wielu "czytelników", którzy tak na prawdę chcieli się jedynie zareklamować u mnie w komentarzach, więc odechciewało mi się pisać. Mam nadzieję, że teraz będzie inaczej. Nadchodzą wakacje, może dzięki takiemu swojemu miejscu w Internecie zachce mi się bardziej aktywnie spędzić ten czas, aby mieć o czym dla Was pisać. Niestety przez ostatnie lata ten okres wolnych dwóch miesięcy był dla mnie bardziej męczący, niż regeneracyjny i pożyteczny. To wszystko spowodowane oczywiście nudą i brakiem pomysłów na zorganizowanie sobie czasu. Ale zobaczymy co stanie się tym razem. 
Myślę, że jak na pierwszy post tyle wystarczy. Nie do końca odpowiedziałam jeszcze na pytanie o czym w ogóle chcę pisać, ale pewnie sami się już domyślacie, że o wszystkim i niczym. To co wpadnie mi danego dnia do głowy, to będzie. Postaram się by posty pojawiały się minimum 2 razy w tygodniu, jednak mam nadzieję, że jeśli czasem nie dotrzymam słowa, nie będziecie źli. Jestem osobą, która raczej woli mieć o czym ciekawym opowiedzieć, aniżeli gadać o tym jak wyglądała moja poranna droga do toalety.
Trzymajcie się i do kolejnego posta!